CZYTASZ. Nam Się Kochać Nie Wypada Historical Fiction. Reinhard Heydrich to SS-man, który w Trzeciej Rzeszy jest jednym z najpotężniejszych ludzi. Mleko szkodzi 90 proc. Azjatów, 75 proc. Afroamerykanów i tylko 5 proc. białych Europejczyków (w Polsce – 1,5 proc. niemowląt i dzieci oraz 20–25 proc. dorosłych). Tyle osób w różnych grupach etnicznych cierpi z powodu nietolerancji laktozy, czyli niedoboru laktazy, enzymu rozkładającego cukier zawarty w mleku i nabiale. Nie! To znaczy, nie, to nie świętokradztwo (w potocznym tego słowa znaczeniu). I tak, wypada. Ale nie dlatego, że można sobie pozwolić na brak szacunku – po prostu w tym przypadku to nic złego, a efekt zmian nie ma stawiać pierwowzoru w gorszym świetle czy też ukazywać go jako nieudaną czy niedokończoną rzecz. Niestety, jeśli nie jesteśmy wyznawcami islamu, to nie dane nam będzie odwiedzić Mekki, gdzie znajduję się główna świątynia wszystkich muzułmanów na świecie. To święte miasto, w którym urodził się prorok Mahomet. Podczas corocznej pielgrzymki przybywają tu ponad 4 miliony wiernych. Cała infrastruktura i gospodarka Mekki jest Każdy przynajmniej raz w życiu usłyszał – „No weź, tak nie wypada. Mi jako małej dziewczynce nigdy nie wypadało siedzieć rozkrokiem, kiedy miałam spódnicę. Nie wypadało pluć jak chłopak i pierdzieć pachą (do dziś mnie to bawi, robiliśmy to z przyjacielem non stop!). Nie wypadało gdzieś nie pójść, nawet kiedy nie miało się ochoty. Nie wypadało Sprawdziliśmy, co słychać u Stana Tymińskiego. Warszawa, 07.06.05. Stanisław Tymiński z żoną Mulan machają do dziennikarzy, po konferencji prasowej 7 bm. w Warszawie Foto: Tomasz Gzell 1.a. Grupa „ADA – tak nie wypada” jest grupą dyskusyjną, ale dyskusje należy prowadzić z zachowaniem pewnych norm. 1.b. Nie akceptujemy ataków na członków grupy, bez względu na przekonania. Obraźliwe określenia w stosunku do czyjegoś wyglądu, wagi, stanu zdrowia psychicznego, inteligencji czy płci, nie będą tolerowane. 2 PFQJ. Pochodzi z ponad 50 studni głębinowych w Koszalinie i Mostowie. Nawet nie jest chlorowana, bo nie musi. Firma wodociągowa prowadzi kampanię „Koszalin pije wodę z kranu”, w której zachęca mieszkańców do picia wody bezpośrednio z kranu, bo jest zdrowa i smaczna, a poza tym nie zaśmieca to krajobrazu plastikowymi butelkami. A nawet odwrotnie: podobno turyści zabierają koszalińską wodę w butelkach do w prawo, żeby czytać dalej >>>>archiwum Czy można pić wodę bezpośrednio z kranu? Czy kranówka jest zdrowa? Odpowiedzi na te oraz inne pytania znajdziecie w tym artykule. Zobacz, jak jest w różnych miastach i upewnij się, czy w ogóle picie surowej kranówki jest zdrowe. Sprawdź, gdzie jest najlepsza w Polsce i na świecie oraz czy woda z kranu dorównuje mineralnej ze zgrzewek, stołowej i tylko Polacy w średnim wieku pamiętają, jak woda z kranu śmierdziała chlorem, zabijając smak i zapach herbaty. Po domach krążyli samozwańczy eksperci, słono oferując przeróżne filtry. W Warszawie na początku lat 90. poszczególne dzielnice rozpoczęły nawet budowę studzienek bezpłatnej wody niezależnej od ogólnej sieci; jest ich kilkaset i funkcjonują do dziś. Zarazem jednak olbrzymie pieniądze inwestowano w nowoczesne uzdatnianie wody i po latach w stolicy można pić wodę prosto z kranu – bez czekania, aż utraci woń, opadnie osad i bez gotowania. Ale na przykład dwa lata temu wybuchła wrzawa wokół woni chloru z kranówki wrocławskiej. Jak więc jest z tą wodą? Woda stanowi środowisko wszystkich twoich procesów życiowych, wręcz składasz się w 50-60 proc. z wody, a w sensie doznaniowym po prostu i aż po prostu gasi ona twoje pragnienie. Ale jaką wodę pić? Sprawdź, czy również tę najłatwiej dostępną i najtańszą, czyli z woda kranowa w Polsce jest najlepsza. Kliknij w galerię i ofertyMateriały promocyjne partnera Od dziś znów można sprzedawać i spożywać przekąski i napoje w kinach i innych instytucjach kultury. Otwarcie stref gastronomicznych to jednak niejedyna zmiana, jaka czeka sektor kultury. O wprowadzeniu łagodniejszych zasad bezpieczeństwa w okresie wakacyjnym poinformowali w czwartek podczas konferencji prasowej premier Mateusz Morawiecki i minister zdrowia Adam Niedzielski. Od niedzieli zmienia się również limit wiernych w miejscach kultu religijnego. O wprowadzeniu łagodniejszych zasad bezpieczeństwa w okresie wakacyjnym poinformowali w czwartek podczas konferencji prasowej premier Mateusz Morawiecki i minister zdrowia Adam Niedzielski. Obejmą one także instytucje kultury i rozrywki, wśród nich kina, w których od niedzieli dozwolona jest sprzedaż oraz spożywanie jedzenia i picia. "Popcorn nieodłącznie kojarzy się z kinowymi seansami"Dla właścicieli kin to dobra wiadomość. Jak powiedziała Nina Graboś, dyrektor ds. komunikacji korporacyjnej Agory - właściciela sieci Helios, "brak możliwości sprzedaży przekąsek i napojów w kinach był dla całej branży poważnym ciosem finansowym". - W całym modelu biznesu kinowego sprzedaż barowa jest bardzo istotnym elementem i stanowi znaczące źródło wpływów. Nie było dla nas zrozumiałe, dlaczego 28 maja otwarto restauracje i bary, a w kinie podczas seansu nie można było choćby napić się wody. W kinie mamy przecież dwustronną wentylację i wszyscy widzowie siedzą twarzami w jedną stronę. Na szczęście, od 13 czerwca, możemy wznowić działalność barową w kinach - zwróciła także uwagę, że "popcorn nieodłącznie kojarzy się z kinowymi seansami". - Dla wielu widzów wizyta w kinie - dzięki możliwości zakupu ulubionego napoju czy przekąsek - będzie jeszcze przyjemniejszym sposobem spędzania wolnego czasu, znanym sprzed pandemii - będzie można jeść popcorn w kinieShutterstockZmiany w instytucjach kultury na czas wakacji Otwarcie stref gastronomicznych to niejedyna zmiana, jaka czeka instytucje kultury. W nowelizacji rozporządzenia Rady Ministrów z 11 czerwca 2021 roku ws. ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii poinformowano, że od 26 czerwca do 31 sierpnia w muzeach, galeriach sztuki i innych instytucjach kultury prowadzących działalność wystawienniczą wprowadzony zostanie nowy limit osób. Będzie mogło przebywać w nich jednocześnie nie więcej niż 15 osób albo 1 osoba na 10 m2 powierzchni tym samym okresie zwiększone zostaną także limity widzów w kinach i teatrach. Będą one mogły udostępniać publiczności maksymalnie 75 proc. miejsc na przepisy przewidują ponadto, że od 26 czerwca prowadzenie działalności twórczej związanej z wszelkimi zbiorowymi formami kultury i rozrywki, z wyłączeniem działalności zespołów muzycznych, będzie dopuszczalne na otwartym powietrzu, pod warunkiem udostępnienia widzom lub słuchaczom nie więcej niż 75 proc. liczby miejsc, a w przypadku braku wyznaczonych miejsc na widowni - przy zachowaniu odległości 1,5 m między widzami lub słuchaczami oraz udziału w wydarzeniu nie więcej niż 250 kolei działalność zespołów muzycznych na otwartym powietrzu będzie możliwa pod warunkiem udostępnienia widzom lub słuchaczom co drugiego miejsca na widowni, z tym że nie więcej niż 50 proc. liczby miejsc, a w przypadku braku wyznaczonych miejsc na widowni - przy zachowaniu odległości 1,5 m pomiędzy widzami lub słuchaczami oraz udziału w wydarzeniu nie więcej niż 250 podkreślono w komunikacie na stronie Ministerstwa Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu, "limity nie dotyczą osób w pełni zaszczepionych przeciw COVID-19". "Wprowadzone zasady mają obowiązywać do końca wakacji. Harmonogram może być jednak korygowany w oparciu o aktualne dane epidemiczne oraz statystyki szczepień. Pozostałe zasady nie ulegają zmianie" - limitów w miejscach kultuOd niedzieli zwiększony został także limit wiernych na nabożeństwach. Od 13 czerwca może być zajęta połowa miejsc w kościołach i w miejscach kultu. Dotychczasowy limit zezwalał na obecność jednej osoby na 15 metrów kwadratowych. Rekomendowane było również odprawianie ceremonii na świeżym powietrzu. Od 26 czerwca planowane jest dalsze luzowanie obostrzeń. Wierni w miejscach kultu religijnego będą mogli wypełnić wtedy 75 procent miejsc. Limity nie dotyczą osób w pełni zaszczepionych przeciwko COVID-19 - podkreślono na rządowej stronie. Autor:momo/kabPAPŹródło zdjęcia głównego: Shutterstock Please add exception to AdBlock for If you watch the ads, you support portal and users. Thank you very much for proposing a new subject! After verifying you will receive points! unit732 10 Jul 2022 10:55 669 #1 10 Jul 2022 10:55 unit732 unit732 Level 3 #1 10 Jul 2022 10:55 Nie wiem, czy to właściwe forum do zadawania tego typu pytań, ale spróbuję: Interesuje mnie karta niezarejestrowana na nazwisko. Chcę jej używać tylko do odbierania SMSów od Google, Discorda itp., bo nie mam ochoty podawać mojego numeru telefonu amerykańskiej bezpiece. Jaki jest najmniej ryzykowny sposób na zdobycie takiej karty? Wiem, że kupując od nieznajomych można mieć kłopoty. Pomijam najbardziej oczywiste rozwiązanie, jakim jest wyjazd do np. Czech i kupienie karty tam. Czy taka karta musi być najpierw włożona do telefonu za granicą i zarejestrowana przez tamtejszego BTSa, żeby potem działać na terenie Polski? #2 10 Jul 2022 11:19 blahfff blahfff Level 39 #2 10 Jul 2022 11:19 Wszystkie karty polskich operatorów wymagają rejestracji. Nie ma znaczenia gdzie ją pierwszy raz włożysz do telefonu. Jeśli chcesz mieć niezarejestrowaną kartę, to tylko taką z kraju gdzie rejestracja nie jest wymagana. #3 10 Jul 2022 11:30 gorki73 gorki73 Level 34 #3 10 Jul 2022 11:30 unit732 wrote: bo nie mam ochoty podawać mojego numeru telefonu amerykańskiej bezpiece. Witam, a co Kolega ma do ukrycia moje rozmowy mogą podsłuchiwać i czytać sms'y, nic ciekawego tam nie znajdą, samo życie A tak na poważnie, nikt nie jest anonimowy w dzisiejszym Świecie. Kupno karty za granicą może da jakiś efekt, ale jak dla mnie to walka z wiatrakami. #4 10 Jul 2022 13:02 tos18 tos18 Level 40 #4 10 Jul 2022 13:02 gorki73 wrote: Witam, a co Kolega ma do ukryciaSłyszał Kolega o prawie do prywatności? gorki73 wrote: moje rozmowy mogą podsłuchiwać i czytać sms'y, nic ciekawego tam nie znajdą, samo życieWłaśnie dzięki takiej postawie walka o prawo do prywatności stała się walką z wiatrakami. #5 10 Jul 2022 13:25 gorki73 gorki73 Level 34 #5 10 Jul 2022 13:25 tos18 wrote: Słyszał Kolega o prawie do prywatności? Tak, słyszałem, to miało by sens jeszcze 30-40 lat temu. Prywatność w dobie terroryzmu i różnych innych zagrożeń nie może być tak szeroko pojęta jak nam się wydaje. tos18 wrote: Właśnie dzięki takiej postawie walka o prawo do prywatności stała się walką z wiatrakami. Wychodzę z założenia, że każdy uczciwy człowiek nie powinien się obawiać, że ktoś zarejestrował w systemie jego numer i "czyta" jego sms-y, bo cóż tam może znaleźć? I co z tego, że będziemy mieć zapisane prawo do prywatności, jak każdy rząd czy spec-służby mogą cię podsłuchiwać na wszelakie sposoby mimo, że ustawa o RODO i ochronie prywatności mówi co innego. Było to można zauważyć i u nas po aferze z Pegasusem, nie trzeba do USA za zarejestrowaniem każdego e-maila i nr telefonu na imię i nazwisko. Nie byłoby wtedy wielu nadużyć i przestępstw, poczynając od hejtu, wyłudzeń, stalkingu, zastraszania osób etc. Niestety w dobie "elektronizacji" nie jesteśmy w pełni anonimowi a powieść George'a Orwell'a "1984" staje się pomału faktem, nic i nikt z tym nic nie zrobi, to kwestia czasu. Są większe problemy na Świecie, niż czytanie przez służby naszych sms-ów. #6 10 Jul 2022 13:44 tos18 tos18 Level 40 #6 10 Jul 2022 13:44 Naprawdę uważa Kolega że rejestracja prepaidów przyczyniła się do zwiększenia bezpieczeństwa ? Według mnie ułatwiła władzy śledzenie niewygodnych - terrorysta sobie poradzi. gorki73 wrote: Wychodzę z założenia, że każdy uczciwy człowiek nie powinien się obawiać, że ktoś zarejestrował w systemie jego numer i "czyta" jego smsy, bo cóż tam może znaleźć? informacje potrzebne by przekonać go do podjęcia decyzji sprzecznej z jego interesem. #7 10 Jul 2022 13:50 gorki73 gorki73 Level 34 #7 10 Jul 2022 13:50 tos18 wrote: Naprawdę uważa Kolega że rejestracja prepaidów przyczyniła się do zwiększenia bezpieczeństwa ? Ok. przyznaję rację Koledze, zagalopowałem się. Może rejestracja prepaidów nie miałaby znaczenia. Twoja propozycja z #2 była pierwsza i tak samo jak Ty uważam, że to jedyne wyjście. #8 10 Jul 2022 13:54 tos18 tos18 Level 40 #8 10 Jul 2022 13:54 Wybacz Kolego ale #2 nie jest mój. Być może nie potrzebnie rozpętałem offtopa. #9 10 Jul 2022 17:14 78db78 78db78 Level 39 #9 10 Jul 2022 17:14 Normalny człowiek nic nie ma do ukrycia, a jaką kartę używasz ro rozmów zarejestrowaną czy może z Czech masz, nie obawiasz się nic dziwny temat. #10 10 Jul 2022 17:19 tos18 tos18 Level 40 #10 10 Jul 2022 17:19 78db78 wrote: Normalny człowiek nic nie ma do ukrycia Proszę - opublikuj więc tu zawartość swojej skrzynki mail. #11 10 Jul 2022 17:27 karolark karolark Level 42 #11 10 Jul 2022 17:27 78db78 wrote: Normalny człowiek nic nie ma do ukrycia, a jak Widać jestem nie normalny, bo nie chcę aby jakiś uopek borek czy inny czapkowy mial dostęp do moich maili - sms. A ze mają to inna sprawa. Tlumaczenie ze to walka z terroryzmem jest śmieszna. Tak jak zakaz dostepu do broni, jest on tylko właśnie zakazem dla uczciwych. #12 11 Jul 2022 19:26 Trebuh Trebuh Level 18 #12 11 Jul 2022 19:26 "Ludzie, którzy dla tymczasowego bezpieczeństwa rezygnują z podstawowej wolności, nie zasługują ani na bezpieczeństwo, ani na wolność." Benjamin Franklin #13 11 Jul 2022 19:48 unit732 unit732 Level 3 #13 11 Jul 2022 19:48 Pomijam offtopa (choć trochę mnie korci, żeby coś napisać). Czy ktoś zna jakieś rozwiązanie tego problemu? #14 11 Jul 2022 20:14 tino2003 tino2003 Admin of GSM Group #14 11 Jul 2022 20:14 unit732 wrote: Czy ktoś zna jakieś rozwiązanie tego problemu? E-sim możesz kupić online, podać trefne dane i będzie Ci działać. Jedyny wymóg to telefon który obsługuje e-sim. Droga jest celem... Freedom #15 11 Jul 2022 20:16 Jawi_P Jawi_P Level 35 #15 11 Jul 2022 20:16 Inny sposób to taki by zarejestrować konto googla bez podawania telefonu, w czym problem? #16 12 Jul 2022 01:03 Level 28 #16 12 Jul 2022 01:03 karolark wrote: Widać jestem nie normalny, bo nie chcę aby jakiś uopek borek czy inny czapkowy mial dostęp do moich maili - sms. Nie wiem ile w tym roku , ale w 2018 w Polsce zostało wysłanych miliarda smsów. Powiedź mi które służby mają tyle ludzi żeby to wszystko przeczytać? Nie wspomnę już ile mogło zostać wysłanych #17 12 Jul 2022 02:29 sortes sortes Level 11 #17 12 Jul 2022 02:29 unit732 wrote: Nie wiem, czy to właściwe forum do zadawania tego typu pytań, ale spróbuję: Interesuje mnie karta niezarejestrowana na nazwisko. Chcę jej używać tylko do odbierania SMSów od Google, Discorda itp., bo nie mam ochoty podawać mojego numeru telefonu amerykańskiej bezpiece. Jaki jest najmniej ryzykowny sposób na zdobycie takiej karty? Wiem, że kupując od nieznajomych można mieć kłopoty. Pomijam najbardziej oczywiste rozwiązanie, jakim jest wyjazd do np. Czech i kupienie karty tam. Czy taka karta musi być najpierw włożona do telefonu za granicą i zarejestrowana przez tamtejszego BTSa, żeby potem działać na terenie Polski? Gdzie anonimowość, skoro smartfon z taką niby anonimową kartą SIM można zlokalizować z dokładnością do 40 cm a nawet większą? Można śledzić przemieszczanie smartfona po okolicy itd., itp. Monitorować skąd, od kogo i do kogo przesyłane są dane poprzez tę kartę SIM. #18 12 Jul 2022 07:19 karolark karolark Level 42 #18 12 Jul 2022 07:19 wrote: karolark wrote: Widać jestem nie normalny, bo nie chcę aby jakiś uopek borek czy inny czapkowy mial dostęp do moich maili - sms. Nie wiem ile w tym roku , ale w 2018 w Polsce zostało wysłanych miliarda smsów. Powiedź mi które służby mają tyle ludzi żeby to wszystko przeczytać? Nie wspomnę już ile mogło zostać wysłanych Ale kto mówi o wszystkich? Niepokorni - podpadnięci itd - a reszta w poscie powyzej technologia IT pozbawila nas anonimowości i jeszcze fejsbunie i itp ludzie sami podają dane o sobie #19 12 Jul 2022 08:23 sq3evp sq3evp Level 28 #19 12 Jul 2022 08:23 Do tego włączone BT i dziwią się ze reklamy sklepów które odwiedzali na telefonie. #20 12 Jul 2022 08:26 ptero ptero Level 22 #20 12 Jul 2022 08:26 unit732 wrote: Interesuje mnie karta niezarejestrowana na nazwisko. Chcę jej używać tylko do odbierania SMSów od Google, Discorda itp., bo nie mam ochoty podawać mojego numeru telefonu amerykańskiej bezpiece. Po co amerykańska bezpieka ma sprawdzać Twój telefon, jak dostaje dane bezpośrednio od Googla i Discorda, czy innego Facebooka??? Niech po prostu kumpel Ci kupi kartę prepaid, przecież nie będziesz jej używał do jakichś machlojek... Mam takiego znajomego, co używa starej nokii i ma laptopa z wyprutym fizycznie BT i WiFi... A kartę do tej nokii kupił mu znajomy menel #21 12 Jul 2022 09:09 Zwierzak_PAH Zwierzak_PAH Level 25 #21 12 Jul 2022 09:09 unit732 wrote: Chcę jej używać tylko do odbierania SMSów od Google, Discorda itp., bo nie mam ochoty podawać mojego numeru telefonu amerykańskiej bezpiece. Urzekło mnie to, łzy w oczach... Nawet jak będziesz odbierał te SMS z torbą papierową na głowie to i tak będzie można Cię powiązać z konkretnymi numerami, mail, karty bankowe i czort tam wie co jeszcze. 24h jesteś śledzony poprzez algorytmy marketingowe Google, FB, Discorda, kamery, płatności etc. Dam Ci przykład: Masz już taką kartę, korzystasz z niej.... Pogadałeś sobie z kolegą, a on po rozmowie pogada sobie z innym kolegą, napisze do niego Twoje imię czy ksywkę poda tamtemu Twój realny numer fonu. A BOT powiąże algorytami do Ciebie A w lokalnym oddziale amerykańskiej bezpieki zapali się czerwona lampka z napisem - Ixiński ma nowy numer (j23 znowu nadaje) #22 12 Jul 2022 09:15 sq3evp sq3evp Level 28 #22 12 Jul 2022 09:15 Bezpiecznie to telefon bez baterii tylko. Poza tym operatorzy raczej logują numery SIM (nie nr telefony tylko nr karty) i IMEI. Po tym mozna takze namierzyc osobnika. #23 12 Jul 2022 10:30 Spacewalker Spacewalker Level 33 #23 12 Jul 2022 10:30 unit732 wrote: Nie wiem, czy to właściwe forum do zadawania tego typu pytań, ale spróbuję: Interesuje mnie karta niezarejestrowana na nazwisko. Chcę jej używać tylko do odbierania SMSów od Google, Discorda itp., bo nie mam ochoty podawać mojego numeru telefonu amerykańskiej bezpiece. telefon tez z numerem IMEi XXXXXXXXXXX bedziesz kupował ? są karty SIM juz gotowe do pracy, na kogos zarejestrowane / czy zarejestrowane - nie wiem grunt ze działa #24 12 Jul 2022 10:47 sq3evp sq3evp Level 28 #24 12 Jul 2022 10:47 Tak sa takie karty, mimo to logowani się do BTS pozostawia ślad - SIM + IMEI. #25 12 Jul 2022 11:27 Mateusz_konstruktor Mateusz_konstruktor Level 24 #25 12 Jul 2022 11:27 unit732 wrote: Interesuje mnie karta niezarejestrowana na nazwisko. Chcę jej używać tylko do odbierania SMSów od Google, Discorda itp., bo nie mam ochoty podawać mojego numeru telefonu amerykańskiej bezpiece. Nie ma róznicy, poznanie przez wymienione przez Ciebie podmioty gospodarcze Twojego numeru telefonu jest niezależne od faktu dopełnienia obowiązku zarejestrowania w Polsce karty typu przedpłaconego. Strona główna Empik Pasje. Magazyn online Aleksandra Zbroja - absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu od lat związana z „Wysokimi Obcasami” oraz „Dużym Formatem”. Wczoraj otrzymała nagrodę Odkrycie Empiku 2021 za książkę „Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu”. To przejmująca, introspektywna historia o życiu i dojrzewaniu z ojcem alkoholikiem. Autor: Robert Szymczak Odkrycia Empiku to nagrody przyznawane przez jury. Odkrycie literackie wybierali: Marcin Meller, Dominika Słowik, Witold Szabłowski oraz, z ramienia Empiku, Joanna Marczuk oraz Marcin Maćkiewicz. Aleksandrze Zbroi przyznali nagrodę za: „poruszające i dojrzałe zmierzenie się z własną biografią; za uniwersalizm literacki odnaleziony w indywidualnych przeżyciach; za celny język, niosący w sobie siłę opowieści; za stawienie czoła naszym wspólnym „Mireczkom”. Marcin Meller, Witold Szabłowski, Gabi Drzewiecka, Marcin Prokop oraz Aleksandra Zbroja podczas wręczenia nagrody Odkrycie Empiku 2021. Fot. AKPA. Rozmowa z Aleksandrą Zbroją Robert Szymczak: Kiedy zaczęłaś nazywać swojego ojca „Mireczkiem”? Aleksandra Zbroja: Wydaje mi się, że od zawsze go tak nazywaliśmy w rodzinie. To było słowo zarezerwowane dla pijanego ojca - nie „Mirek”, nie „tata”, tylko właśnie „Mireczek”. Używaliśmy go z przekąsem, w zdaniach typu „Co ten Mireczek znowu nawywijał?”. Zawiera się w nim wiele różnych zdań opisujących nasz zawód tym człowiekiem. Ojciec, który nie jest ojcem, syn, który jest utrapieniem, sąsiad, który chcesz, żeby był jak najdalej. Na trzeźwo ten człowiek był „Mirkiem”, „tatą” czy „sąsiadem”. Przez to stawał się mniej straszny, mniej bolesny. W tym sensie ten „Mireczek” wpisuje się w długą tradycję fukania na tych wszystkich „Mietków” i „Cześków spod monopolowego”. Mówimy o nich w ten sposób, jakbyśmy za pomocą języka trochę im umniejszali. Być może to także jest jakaś forma społecznego odreagowania. Przecież te Mietki i Cześki też są czyimiś ojcami i synami. Myślę, że to niepozorne zdrobnienie zawiera w sobie bardzo dużo i sporo mówi o naszej ogólnej sytuacji. Podczas czytania „Mireczka” ogromne wrażenie zrobiło na mnie to, jak mocno odsłaniasz się na tylu różnych poziomach. Skąd czerpałaś siłę, żeby skonfrontować się z tak trudnymi emocjami i wspomnieniami? Szczerze mówiąc, po prostu chciałam napisać ciekawą, wciągającą książkę. Być może przez to ukierunkowanie na cel nie było mi trudno się odsłonić. Mam naturę raczej ekshibicjonistyczną, może wyćwiczyłam ją jako pewną formę samoobrony. Nie wiem. „Mireczek” od początku nie był pomyślany jako dziennik autoterapeutyczny, bo to nie nadawałoby się do czytania. Patrzyłam na elementy życiorysu mojego i ojca jako na przejaw czegoś większego niż my sami, szukałam dla nas kontekstów społecznych, politycznych, medycznych. Nasza historia stanowi tu raczej punkt wyjścia do czegoś szerszego. Takie ustawienie tematu zdecydowania pomogło w odsłonięciu się, zdjęciu ciężaru z pleców. Patrzysz wtedy na siebie trochę z boku, jak na bohatera jakiejś innej powieści, którego losy trzeba spisać. Myślę też, że najważniejszą częścią odpowiedzi na pytanie, dlaczego się tak odsłoniłam, jest „Dlaczego nie?”. W tym moim odsłanianiu pojawił się element złości, że w ogóle jest co odsłaniać. Doświadczenie dorastania przez lata w domu z alkoholem bywa czymś niewypowiedzianym i banalizowanym, uznawanym za nieciekawe czy wstydliwe. A to, co nieopowiedziane łatwiej zepchnąć w kąt, zignorować jako problem społeczny. I może właśnie taki bunt czy raczej zawód napędzał moje pisanie. Wywodzisz się z reportażu, wcześniej napisałaś „A co wyście myślały? Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi” z Agnieszką Pajączkowską. Czy doświadczenie reporterskie pomogło ci w tworzeniu książki tak silnie autobiograficznej? Reportaż pokazuje, że to co ciekawe, jest najbliżej nas. Chodzi o to, żeby z ciekawością oglądać rzeczywistość, w której jesteśmy zanurzeni – i to jest dokładnie case „Mireczka”. Nie mówię oczywiście, żeby przestać pisać książki z miejsc odległych czy osadzonych w dawnych czasach. Chodzi o przyjrzenie się rzeczom zdawałoby się opatrzonym i oswojonym. Dla mnie reportaż oznacza właśnie ciekawość tematami pozornie oczywistymi. Reportaż także uczy, by zawiesić swój osąd. Nie zajmować strony w opisywanej sprawie, ale pozwolić wybrzmieć różnym opiniom o niej. Oczywiście to, o czym mówię jest jakimś ideałem, bo autor zawsze w reportażu przemyca siebie, swoją opinie i uprzedzenia. Zawieszenie osądu można traktować jako projekt nie do zrealizowania, ale punkt, do którego mimo wszystko zawsze warto dążyć. Taki paradoks, który dla mnie stanowi sedno pisania. W „Mireczku” też starałam się wznieść ponad swoje uprzedzenia związane z ojcem – których oczywiście miałam dużo – i z ciekawością przyjrzeć się człowiekowi, który strasznie mi napsuł w życiu. Te uczucia wracają i nie da się tego ukryć, ale te moje emocje i moje porażki też są tematem książki. Aleksandra Zbroja odbierając nagrodę Odkrycie Empiku 2021 w kategorii literatura. Fot. AKPA. Jak mocno „Mireczek” był zaplanowany, gdy zaczynałaś nad nim pracować, a na ile powstawał pod wpływem rozmów z bliskimi i łączenia ze sobą kolejnych wspomnień? Przystępując do pracy miałam obmyślaną ogólną strukturę. Wiedziałam, że punktem zero będzie śmierć ojca, która otwiera książkę, a kończyć się będzie w momencie jego narodzin. Chciałam, żeby całość miała strukturę cofania się w czasie. Wiedziałam też, że będzie wpleciona w nią pseudodetektywistyczna opowieść o poszukiwaniu źródeł uzależnienia ojca i przyczyny jego śmierci. Mówię „pseudo”, ponieważ od początku wiadomo, że on umarł z przepicia, a źródeł uzależnienia nie da się znaleźć i konkretnie umiejscowić w biografii. Jednak chciałam pokazać wszystkie możliwe odpowiedzi na niemożliwe pytanie „Dlaczego?”. Co do rozmów z bliskimi, nie było zaskoczeń, może poza kilkoma drobnymi szczegółami. Najbardziej zaskoczyło mnie nie to, co ktoś mi opowiedział, ale co z tych historii zrozumiałam. Np. jaki ojciec był samotny. Do jego pokoju weszłam po raz pierwszy już po śmierci i zaczęłam tam szperać. W książeczce z adresami, która leżała na stole znalazłam cztery numery telefonu, w tym jeden do mnie. I ja byłam tam zapisana nie jako „córka”, tylko „Ola Zbroja”. Strasznie mi się go wtedy żal zrobiło. Aleksandra Zbroja. fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta A co czułaś, gdy skończyłaś pisać i postawiłaś już tę przysłowiową ostatnią kropkę? Nie miałam jakichś spektakularnych odczuć po zakończeniu. Na początku czułam radość, że już koniec. Potem zmęczenie, że to jednak nie koniec, bo muszę jeszcze wszystko zredagować. W końcu pisanie książki to zawsze jest proces, niekończące się dłubanie. A na koniec strach, że ludziom się nie spodoba. Nie wiem, czy czułam więcej emocji niż przy innych tekstach, ja naprawdę trochę się odcięłam od tej historii. Miałam obawy, że ludzie są już zmęczeni biografistyką, bo ostatnio dużo wychodzi autobiograficznych powieści. Na szczęście znalazła się grupa osób, które nie jest zmęczona i „Mireczka” przeczytała. Wspominasz w książce swoje obawy o reakcje ze strony rodziny na „Mireczka”. Jakie były ich odczucia? Nie było żadnych fajerwerków, ani super pozytywnych, ani super negatywnych. Oni obserwowali po cichu, kibicowali, chyba uznali, że to jest potrzebne, żeby pewne rzeczy wiedzieć. Nikt nie zadzwonił z pretensjami i to też uznaję za sukces. W „Mireczku” ważnym tematem jest stale powracająca nadzieja w relacji z osobą uzależnioną. Słyszymy, że zaczyna kolejny nowy rozdział w życiu, tym razem wszystko będzie dobrze, ale okazuje się że nie jest. Czy twoim zdaniem taką nadzieję powinno się w pewnym momencie porzucić? Kiedy uznać, że to manipulacja? Uzależniony albo uzależniona obiecuje ci złote góry, często zresztą sam w to wierzy, ma szczere chęci poprawy, wszyscy się cieszą, a potem następuje zderzenie z rzeczywistością. Pewnie z roku na rok coraz bardziej spektakularne, chociaż wszyscy powinni je przewidzieć nauczeni doświadczeniem, ale tego nie robią. Z resztą te same mechanizmy trzymają kobiety przy facetach, którzy są agresywni. To podsycanie nadziei jest kluczem do utrzymania związku. W rodzinie biologicznej jest o tyle inaczej, że kulturowo przywykliśmy myśleć o niej jako o takim nierozerwalnym powiązaniu na całe życie. Uzależniony może sobie myśleć, że ten ojciec, ta matka i to dziecko pewnie i tak przy mnie zostaną. Chociaż nie zawsze tak się dzieje i to jest wspaniałe. „Mireczek” to z jednej strony maksymalnie osobista historia, a z drugiej wpisuje się w szerszą narrację. Piszesz o „Polsce pijącej”, zwracasz uwagę na to, ile osób zetknęło się z problemem alkoholizmu. Myślisz, że jest szansa, że kiedyś wyjdziemy z tej narodowej tradycji picia? Ja myślę, że to nie jest narodowa tradycja, ale ludzka – przyzwolenie na picie jest też silne w innych kulturach. Powiedziałabym szerzej, że to jest tradycja uznawania alkoholu za coś sympatycznego i fajnego, coś, czemu nie trzeba się uważniej przyglądać. I myślę że nie, nie wyjdziemy z tego. Rzadko mówi się o alkoholu w kategorii ryzyka. W dyskursie publicznym straszydłem nie jest wódka, ale 1,5 g marihuany. Narkotyki przerażają– samo słowo jest już silnie nacechowane, chociaż nie do końca wiadomo, czym jest ten „narkotyk”. Alkohol już w tym zestawieniu nie jest taki niepokojący. A zważywszy na to, że pijemy jako naród coraz więcej, bo takie są niestety statystyki, to szkoda. Wydaje mi się, że takie refleksyjne spojrzenie byłoby kluczem, żeby to picie trochę opanować. Aleksandra Zbroja. fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta Jesteś historyczką sztuki, w związku z tym muszę o to zapytać – czy wkurza cię romantyzowanie alkoholu w kulturze? Muszę przyznać, że tak. Ono czasami jest bardzo subtelne, podszyte patosem, trudno je zauważyć. Denerwuje mnie przedstawienie uzależnienia jako filozoficznego uwikłania w świat. Skutek uboczny kontemplacji tego świata i jego kondycji. Uznaje ją za trudną, więc zapijam. Na tej zasadzie pili ważni i lubiani. Zarówno w filmie, jak i w literaturze popularne są figury pijanego zakochanego, pijanego nieszczęśnika, który w kieliszku topi swój ból. Oczywiście niby wiadomo, że upijanie się to marna metoda terapeutyczna, ale jednak ten kod kulturowy pracuje w nas. I na tego typu kody kulturowe warto by spojrzeć krytycznie. Nieznośny dla mnie film „Zostawić Las Vegas” ustawia picie jako coś ekstatycznego, alkohol uwiarygadnia cierpienie tego faceta. Wkurza mnie też strasznie figura pijanego geniusza, którego picie jest zasilane smutkiem, jakimś takim weltschmerzem. Alkohol jako atrybut geniuszu jest dla mnie nie do zniesienia. Mam poczucie, że po „Mireczka” mogą sięgnąć czytelnicy, którzy sami znajdują się w podobnych relacjach z osobami uzależnionymi. Czy z perspektywy czasu masz jakieś rady lub przemyślenia dla osób tkwiących w takich sytuacjach? Nie mam rad, bo każda sytuacja jest wyjątkowa, unikatowa i skomplikowana. Mogę ci powiedzieć, co bym powiedziała młodszej sobie - dorastanie w pijanym domu nie musi determinować moich losów. Ja nie zmienię tego, jak zachowują się moi rodzice, ale mogę przejąć kontrolę nad swoim życiem. Pierwszym krokiem może być opowiedzenie tej historii, szukanie pomocy. Warto zrobić taki eksperyment myślowy, żeby spojrzeć na przeszłość jako na zasób. Ja myślę teraz tak: fakt, że wystawiono mnie na tyle trudnych bodźców w życiu, że byłam w tylu trudnych sytuacjach i je przeżyłam, to jest coś, z czego mogę twórczo czerpać. Pozwolił mi np. wyrobić w sobie czujność na krzywdę. Powiedziałabym sobie też, że okej jest być złą. Albo wściekłą. Albo nawet wkurwioną. Akceptacja tej złości, mówienie o niej i w końcu puszczenie tych stanów, jest ważne. One mają taką właściwość, że to ciebie pogryzą, a nie osoby, których wspomnienia cię psychicznie dręczą. Mój ojciec nie żyje. Moja złość nie dotknie jego, dotknie mnie. I chyba najważniejsze – tego sama nie odczułam, ale przewija się w listach, które czasami dostaję – cudze picie to nie jest nasz powód do wstydu. Nie można dać się zapętlić w takie myślenie. Ich picie to nie jest twój wstyd. Więcej wywiadów znajdziesz na Empik Pasje. Zdjęcia w artykule: Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta. Materiały promocyjne wydawnictwa Agora. Polecane artykuły Powiązane produkty Powiązane artykuły – Urodziłem się z czymś, co ktoś nazwał osobowością zadaniową, która pozwala koncentrować się całkowicie i wyłącznie na zadaniu do wykonania, a jednocześnie nie popycha człowieka w znieczulicę. Tak traktowałem te moje wyjazdy. Mój pobyt w Czeczenii, Afganistanie czy Kongu kończył się w momencie, gdy go opuszczałem. Wracając do Polski, wracałem jednocześnie do mojego tutejszego życia. Oczywiście, pamiętałem, co działo się w Afganistanie, ale nigdy mi się to nie śniło. Nie prześladowało mnie w koszmarach. A moją żonę już tak. Krzysztofa Millera również. Właśnie to uchroniło mnie przed chorobą i tym samym szpitalem, w którym wylądowała żona, Miller i jeszcze jeden z moich znajomych, też fotoreporter – mówi w wywiadzie z serii „Męskie Gadki” Wojciech Jagielski, jeden z najlepszych polskich reportażystów, w 2014 roku odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.***Z kraju cywilizowanego przenosi się pan w miejsce, gdzie chodząc po ulicach mija się trupy, a wszędzie jest pełno krwi. Jakie to może budzić emocje? Nasze wyobrażenie o wojnie jest trochę filmowe. To nie jest tak, że wychodzimy na ulicę i wokół nas leżą szczątki zmarłych ludzi. Albo, że wchodzimy wprost z hotelu w sam środek strzelaniny. Miasta, w których toczą się walki, nie różnią się często od tych, które cieszą się pokojem. Wojna nigdy nie toczy się nieustannie w całym mieście, a tym bardziej w całym kraju. Nie toczy się ona przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. To są raczej chwile. Nigdy również nie jest tak, że ludzie ranni, czy pozabijani leżą godzinami na na wojnę, do Tbilisi czy Kabulu, rzadko kiedy wybierałem się prosto z lotniska do miejsca, gdzie toczyły się walki. Jechałem tam do pracy, więc zwykle najpierw starałem się przygotować sobie do niej warunki. Szukałem hoteli, w których mogłem się zatrzymać, w których działały telefony, był prąd. To niezbędne, żeby nadawać korespondencje, a po to przecież tam przyjeżdżałem. Nie przypominam sobie sytuacji, bym wychodząc z taksówki, która wiozła mnie z lotniska, mijał ciała pozabijanych ludzi, czy widział wokół płonące miasto. Do takich miejsc wybierałem się dopiero po rozłożeniu obozowiska. Wiedziałem też zawsze dokąd i po co jadę, więc byłem przygotowany. Wiadomo, na początku, przeżywa się wszystko inaczej, jak nowicjusz. Potem nabierałem doświadczenia, a ono pozwoliło mi się uodpornić na koszmar, ale także sprawiło, że się nie zatraciłem, nie pan „epicentra wojny” szerokim łukiem? Wprost przeciwnie. Skoro byłem wysyłany na wojny, to moim zadaniem było je jak najlepiej zobaczyć. Kilka razy zdarzyło się nawet, że zaraz po lądowaniu wynajmowałem samochód i od razu jechałem na tę osławioną linię frontu. Zawsze starałem się jeździć z fotoreporterami. Ich towarzystwo wymuszało uczciwość. Ja, reporter, mógłbym opisać wojnę na podstawie cudzych opowieści. Oni – nie, a w dodatku musieli podchodzić blisko, najlepiej jak najbliżej. Podchodziłem razem z bazę nie miał pan sytuacji, w której któryś z tubylców zawetował i zdecydowanie odmówił tej czynności? Rzadko mnie skądś wypraszano, choć bywały sytuacje, w których moje pojawienie się nie było komuś obojętne. Ilekroć przyjeżdżaliśmy do obozowiska którejś z partyzanckich armii i próbowaliśmy rozlokować się przy jej sztabie, dowódcy wymyślali przeszkody, bo woleli nie mieć świadka w postaci dziennikarza. Jako korespondent wojenny pracowałem jednak głównie w latach 90. Po 2001 roku sytuacja gwałtownie się zmieniła. Wcześniej to ja decydowałem dokąd jadę i z kim chcę rozmawiać, z kim się spotkać, co zobaczyć. Zdarzało się, że traktowano mnie jak nieproszonego gościa, ale nigdy wroga. Po 11 września ci sami afgańscy partyzanci, których odwiedzałem w latach 90., uznaliby mnie za wroga, zabili i nagrali moją egzekucję na film, albo wzięli do niewoli, by mnie wymienić na swoich uwięzionych towarzyszy lub na kilka milionów dolarów okupu. Dowódcy wojsk zachodnich w Afganistanie także oczekiwali, że skoro przyjeżdżam jako dziennikarz do nich, to jestem z nimi, im sprzyjam, przestrzegam ich zasad, jadę tam, gdzie oni pozwalają, oglądam wyłącznie to, co zechcą mi pokazać, uwierzę we wszystko co mówią. Dla nich nie byłem już dziennikarzem tylko przedstawicielem tego samego plemienia. Trudno więc się dziwić, że talibowie nie widzieli już we mnie żurnalisty, lecz plemieńca, tyle że w wrogiej ogólnie rzecz biorąc nie mógł stawać pan po stronie Afganistanie, ale nie tylko, nie mogłem już przechodzić na drugą stronę, bo wtedy ryzykowałem swoim życiem. Zachodni dowódcy też sobie tego nie życzyli, a tym dziennikarzom, którzy mimo wszystko próbowali kontaktować się z talibami, uprzykrzano życie. Przypominało mi to czasy drugiej wojny w Czeczenii, kiedy Rosjanie wpuszczali na Kaukaz tylko dziennikarzy akredytowanych przy ich sztabie. Żurnaliści mogli poruszać się wyłącznie w asyście rosyjskich żołnierzy albo urzędników. Łamałem to prawo. Jeździłem również do partyzantów. Zatrzymany przez rosyjskich wojskowych byłbym potraktowany jak osoba, która złamała ich prawo. Mogli mnie uznać za szpiega, przemytnika, jest traktowany jako miejsce, gdzie narkotyki stały się zjawiskiem powszechnym. Miał pan sytuację, w której poddałby się urokom owego kraju za namową tubylca?Dla wielu na świecie Polska kojarzy się z wódką. Są ku temu powody, ale przecież nikt w Polsce nie zmusza przyjezdnych do picia. To wolny wybór. W Afganistanie było podobnie. Jeździłem tam jako dziennikarz, poniekąd więc służbowo, do pracy. Instynktownie czułem, że nie wolno mi stracić kontroli nad wszystkim co mnie otacza. Nie mówię, że nie próbowałem afgańskich używek, ale cały czas pamiętając, żeby nie stracić kontroli. A to podobno się dniu pracy spotykaliśmy się często z innymi dziennikarzami i, jeżeli pojawiał się skręt czy whisky, to tylko w takich towarzyskich okolicznościach. Podróżując po świecie dobrze jest zastanowić się czasem czy nasze zachowanie, dla nas zwyczajne, nie obrazi uczuć tubylców, nie zostanie przez nich źle zrozumiane. Dlatego w czeczeńskich domach nie paliłem papierosów, ani nie przywoziłem wódki w prezencie dla afgańskich znajomych. W hotelowym barze czy pokoju, po ukończeniu pracy, zachowywaliśmy się tak, jak u siebie. To była taka strefa eksterytorialna. Ktoś chciał zapalić papierosa, ktoś inny wypić szklaneczkę whisky albo dwie. A jeszcze inna osoba wolała skręta z poznał pan bohaterkę swojej książki – Gruzinkę Larę?Przypadkiem. Pojechałem do Gruzji z zamiarem szukania materiałów do nowej książki. Nowej i trochę innej niż poprzednie. Chciałem napisać o Gruzinach. Nie o ich wojnach, ale o tym, jacy potrafią być beztroscy, o tym, jak z ogromnym poczuciem humoru przyjmują wszystkie nieszczęścia, które na nich spadały. Mieszkałem u znajomego, który, dowiedziawszy się, że przyjechałem szukać ciekawych historii, powiedział, że musi mnie poznać z pewną kobietą, która przeżyła tragedię. Broniłem się przed tą znajomością, bo nie po taką historię tam pojechałem. Widząc, jak mojemu gospodarzowi zależy na owym spotkaniu, zgodziłem się. Później, gdy Lara opowiedziała mi, co wydarzyło się w jej życiu, nie mogłem się już od tego oderwać. Zastanawiałem się, co mam z nią zrobić. Nie pasowała mi zupełnie do pomysłu na książkę. W końcu uznałem, że napiszę historię Lary. Wiele było takich spotkań z przypadku. Szukałem jednego, a znajdowałem coś innego. Mój jedyny plan, w czasie tych wyjazdów, związany był z wydarzeniami, które miałem opisać. Starałem się mieć uszy i oczy szeroko otwarte. Jeżeli jechałem na rewolucję, a słyszałem historię, która z nią w ogóle się nie wiązała, a była ciekawa, dramatyczna i nadawała się na potencjalny reportaż, materiał dziennikarski, bądź książkę, nigdy jej nie lekceważyłem. W 2010 roku pojechałem do południowej Afryki pisać o kraju, w którym miały zostać rozegrane piłkarskie mistrzostwa świata. Poznałem pewnego kibica z Johannesburga, który twierdził, że wynalazł wuwuzelę. Chciałem o tym napisać krótką korespondencję, ale gdy mi to wszystko opowiadał, zrozumiałem, że jego historia może mówić także o czymś innym. O historii zwykłego człowieka, wplątanego w trudną historię apartheidu. W ten sposób został moim „Trębaczem z Tembisy”.A poznał pan inne kobiety, które historią przypominały Larę?Tak. Myślę, że właśnie dlatego, iż takich Lar spotkałem wiele, ta książka w ogóle w powstała. Po prostu wiedziałem, o czym ona mówi. Ona zaś czuła, że ją rozumiem, bo widziałem wojnę, w dodatku tę jej wojnę także. Odniosłem wrażenie, iż gdy Lara opowiadała o swoich wojennych przeżyciach ludziom, którzy nie mieli z nią styczności, wiedziała, że, co by nie mówiła, oni tego po prostu nie zrozumieją. Mnie nie musiała niczego wyjaśniać, niczego czym różniła się jej opowieść od innych?Lara opowiadała swoją historię jak wytrawny gawędziarz, który opowiada dygresyjnie, ale wraca do punktu wyjścia i stawia kropkę na końcu zdania. Spisanie jej historii było dla mnie względnie prosty zadedykował pan jej książkę?Nie dedykowałem jej książki. To była jej opowieść, ja ją tylko napisałem. Ona sama przyznała mi: „tak bym to opowiedziała”. Przeczytała książkę, a ona została przetłumaczona na język gruziński i prawdopodobnie wyjdzie w tym roku. Dla mnie była to bardzo trudna sytuacja. nigdy wcześniej nie napisałem czegoś podobnego. Książka opowiadała matce, którą nie jestem; kobiecie, którą nie jestem i w dodatku o osobie prywatnej, nie publicznej. Czasami wystarczy napisać jedno zdanie, które sprawi ból bohaterowi, skrzywdzi go. Bardzo nie chciałem skrzywdzić Lary. Kiedy napisała mi smsa, żebym zadzwonił, bo trzeba porozmawiać, wiedziałem, że przeczytała książkę. Popłakała mi się do słuchawki i powiedziała, że napisałem to tak, jakby ona chciała pan z nią kontakt?Sporadyczny, ale wiem co u niej słychać. Wielu Polaków jeździ do Gruzji na wakacje. Niektórzy chcą się napić wina w Tbilisi, drudzy pokąpać w Morzu Czarnym, a jeszcze inni powędrować po górach. Sporo osób wybiera się z książką do Doliny Pankisi, do Lary. Szukają jej i najczęściej znajdują. Mam nadzieję, że gdy wyjdzie gruzińska wersja mojej książki, pojadę do Pankisi ponownie. Lara chciała zorganizować spotkanie ze mną na swojej wsi. Cieszę się, że trochę dzięki tej książce, przyjeżdża do niej w odwiedziny więcej gości. Lara prowadzi pensjonat, żyje z turystów. Agroturystyka to lepszy zarobek, niż wyjazdy zarobkowe na wojnę do u pana wzięła się fascynacja Azją i Afryką?Azja to skutek transakcji wiązanej. Najpierw była afryka, zanim jeszcze pojawiło się dziennikarstwo. Bardzo interesował mnie ten kontynent jeszcze za czasów studiów. Chodziłem nawet na zajęcia na afrykanistykę, napisałem pracę magisterską o Ghanie. W końcu trafiłem do PAP-u i tam też chciałem pisać o „Czarnym Lądzie”. Któregoś dnia szef wezwał mnie do siebie i wytłumaczył, że Afryka jest bardzo nisko na liście priorytetów i on nie widzi szans, żebym ją rychło zobaczył. Zaproponował mi, abym zajął się również południem Związku Radzieckiego. Azja więc nie była moim wyborem ale wynikiem propozycji nie do odrzucenia. Szczęśliwie dla mnie przyjąłem ją. Wyjazdy, za czasów Związku Radzieckiego, kosztowały grosze. Wciągnęło mnie to. Zainteresowałem się historią tamtych krajów, im więcej wiedziałem, tym wszystko wydawało się ciekawsze. Nie bez znaczenia było też to, że mogłem tam jeździć i oglądać wszystko na własne oczy. Do Afryki nie mogłem. Już po pierwszym podróżach do do Tadżykistanu, Uzbekistanu, zrozumiałem, że kraje leżące na północ od Amu-Darii są tylko częścią pewnej całości historycznej, kulturowej. Drugą był Afganistan, który w związku z tym anektowałem. Do tej swojej strefy wpływów dołączyłem jeszcze kawał Pakistanu, Kaszmir. Dopiero wtedy ukazała mi się owa całość. zaczęło mnie to jeszcze bardziej ciekawić. Z PAP-u przeszedłem do Gazety Wyborczej, którą naturalnie interesowało południe Związku Radzieckiego, ale Afryka już nie. Dalej jeździłem więc na Kaukaz i do Azji Środkowej, ale dzięki tym wyjazdom otworzyłem sobie w końcu drogę także do Afryki. Moi szefowie uznali, że jeśli z tak dziwacznych krajów potrafię przywieźć ciekawe materiały, to może warto zaryzykować i posłać mnie na południe świata. Tak naprawdę drzwi do Afryki otworzył mi Polak, który w 1993 roku dokonał tam mordu politycznego, porównywanego do zamachu na Kennedy’ego. Od 1993 czas dziennikarskich podróży dzieliłem już po połowie, połowa wyjazdów przeznaczona była na Kaukaz i Azję, a druga część na z perspektywy czasu, który kontynent przypadł panu bardziej do gustu?Najbardziej podobały mi się wyjazdy do Afganistanu. Jako dziennikarzowi zdecydowanie lepiej pracowało mi się w Azji. Moja biała twarz nie wzbudzała tam negatywnych emocji wśród tubylców. Wtapiałem się w tło, a dziennikarzowi najtrudniej jest pracować gdy się nieustannie rażąco wyróżnia. A tak właśnie było w Afryce. W Kongu, Sudanie, Rwandzie, Nigerii to ja byłem obiektem obserwacji. A także eksperymentów nie tyle socjologicznych czy kulturowych, ile psychologicznych i ekonomicznych. Ciekawiło ich głównie, ile pieniędzy mam w portfelu i ile uda im się ode mnie wyciągnąć. Zmuszali mnie do ciągłej czujności. W Azji wtopienie się w tłum było znacznie łatwiejsze. Mam ciemną karnację, szybko się też opalam. Wystarczyło nie golić się parę tygodni i wtapiałem się w w Azji nie czuł się pan intruzem?Intruz to za mocne słowo. Tam się po prostu nie wyróżniałem aż tak bardzo jak w Afryce. Dziennikarzowi najlepiej jest wtedy, gdy go nie widać. Wówczas najlepiej się popularnym tematem stali się uchodźcy. Spytam wprost – przyjmować, czy nie przyjmować?Stawianie sprawy w taki sposób jest zbyt dużym uproszczeniem. To jeden z najpoważniejszych problemów współczesności. Problem gospodarczy, polityczny, problem bezpieczeństwa, ale także problem moralny. Nie da się go rozstrzygnąć głosowaniem esemesami „tak” lub „nie”.Nie no, lekka tak to się mniej więcej odbywa. Do tego sprowadza się cała debata o tym ma żadnej dyskusji, żadnych argumentów, tylko bezrozumny wrzask. Gdyby to była kwestia „wpuszczać, czy nie wpuszczać”. To raczej proces dziejowy, nowa wędrówka ludów. Wiemy z histroii, że jeśli już owe wędrówki zaczynały się, to nie sposób było je zatrzymać. Co najwyżej spowolnić. Europa próbuje utrudnić marsz uchodźcom. Stawia płot graniczny na Saharze. Dla swojego dobrego samopoczucia, aby nie oglądać syryjskich czy afrykańskich dzieci potopionych podczas przeprawy przez Morze Śródziemne. Mnożąc uchodźcom przeszkody, utrudniając im wędrówkę, Europa spowalnia ją. Ale tylko spowalnia. Obawiam się jednak, że zatrzymać się jej nie da, dopóki dla biednego południa bogata północ będzie jedyną nadzieją na dobre, godne życie. A skoro wędrówka ludów może okazać się nieunikniona, powinniśmy raczej rozmawiać o tym, jak ją przetrwać, jak się najlepiej do niej przygotować, jak zabezpieczyć, a nie czy jak ją powstrzymać. Podobnie ma się sprawa z pomocą dla uchodźców. Często wydaje mi się, że, jak mawia mój redaktor naczelny Piotr Mucharski, my, dziennikarze, przypominamy psy, aportujące patyki, rzucane nam przez polityków. A politycy nie chcą rozmawiać racjonalnie, o argumentach, dowodach. Wolą emocje, a zwłaszcza strach, dzięki któremu łatwiej im bałamucić ludzi i nimi manipulować. Dzisiejsze partie polityczne, aspirujące do władzy, nie mają ani programów politycznych, ani nawet nazw, sugerujących jakieś światopoglądy czy wartości. Ich celem jest tylko władza, a żeby ją zdobyć odwołują się wyłącznie do emocji. Do strachu. Strach jest czymś, co najlepiej działa w okresie przedwyborczym. Zauważyłeś, że o uchodźcach nie mówi się dziś tak często i głośno jak przed wyborami? przekonany, że sprawa wróci jak tylko zacznie się nowy okres przedwyborczy. Nie bałbym się sąsiada o innym kolorze skóry, jeśli, tak jak ja, uważałby nasze podwórko za swoje, czułby się na nim gospodarzem. Nie uważałbym jednak za sąsiada kogoś, kto z założenia jest na moim podwórku tylko przejazdem, nie uważa je za swój dom. W ogóle nie rozmawiamy, dlaczego przybysze, którzy docierają mimo tylu przeszkód do Europy i otrzymują tu pomoc, po jakimś czasie obrażają się na tę swoją ziemię obiecaną. Dlaczego tak się dzieje? Czy oni są przyczyną, czy my? Jak sobie z tym radzić? O tym powinniśmy rozmawiać. Nasze władze bałamutnie mówią, że Polska jest jedynym krajem, do którego imigranci nie napływają. To prawda, ale nie przyjeżdżają tu nie dlatego, że jakiś tam jegomość minister im tego zabronił, postawił na granicy zaporę, tylko dlatego, iż nie są naszym krajem w ogóle zainteresowani. Traktują Polskę wyłącznie jako kładkę do Niemiec. Jeżeli za zgodą Unii Europejskiej zbudowalibyśmy autostradę eksterytorialną z Terespola do Słubic, będzie na niej ruch ciągły, ale tylko w jedną stronę. Nikt nie będzie wychodził poza nią, nawet, by kupić papierosy. Problem uchodźczy jest również zwierciadełkiem, w którym dobrze się samu sobie przejrzeć. Jeżeli my jesteśmy dobrymi chrześcijanami, za jakich się uważamy, to pamiętajmy, że to Ewangelia, a nie jakiś ksiądz proboszcz, choćby i biskup, mówi, jak powinniśmy się zachować. Dobrze jest też nazywać rzeczy po imieniu. Ogromna większość tych, którzy przybywają z Afryki i Azji do Europy to nie wojenni uchodźcy, ale imigranci za chlebem. Przyjeżdżają tu nie po to, by ocalić życie, ale żeby żyć godnie. Często słyszę, jak rozmaici ministrowie opowiadają, że jeśli już koniecznie musimy, wpuszczajmy chrześcijan, ale nigdy muzułmanów. Ciekaw jestem, jakby taki minister rozróżnił na ulicy chrześcijańskiego syryjczyka od muzułmanina? Oznaczy go jakoś? Bo jak nie, to Syryjczyk chrześcijanin zostanie sponiewierany na ulicy tak samo jak muzułmanin. Słyszałem, że pierwszą osobą, pobitą w Polsce z powodu uchodźczej histerii był Chilijczyk. Dobry chrześcijanin, tylko ciemniejszy na się o tym, że powstrzymujemy uchodźców i imigrantów. Popatrzmy na najprostszy przykład – reprezentację Francji. 80% zawodników jest urodzili się we Francji, uważają się za Francuzów, bo za kogo innego mieliby? Uchodźcami byli ich ojcowie, dziadkowie, bądź pradziadkowie. We Francji, mającej tak bogate doświadczenie z przybyszami nie brakuje z tym problemów. Podczas mundialu w RPA doszło do otwarego konfliktu między białymi i czarnoskórymi piłkarzami. Nie wszyscy śpiewają francuski hymn. Użalając się nad wielokulturową i wielokolorową europą dobrze też przypomnieć sobie, skąd się ona taka wzięła. Przypomnieć o koloniach. A także o tym, że po drugiej wojnie światowej, wygodni mieszkańcy Starego Kontynentu sami ściągali do swoich krajów tanich robotników z Afryki i Bliskiego Wschodu. Niemcy zatrudniali Turków do fabryk Volkswagena. Francuzi zabierali Arabów do portów, Belgowie – do kopalni. Sami Europejczycy dla swojej wygody ściągnęli dziesiątki tysięcy robotników. Epoka liberalna, jaka nastała na zachodzie z grubsza biorąc po 1975 roku, zmusiła polityków, by pozwolili tym gastarbeiterom zabrać do Europy rodziny. Problem imigracji i wielokultorowości to także sprawa tożsamości Europy. Jeśli chcemy pozostać otwartym kontynentem, na którym liczą się prawa człowieka i obywatelskie, to nie możemy ich odmawiać ludziom o innym kolorze skóry, którzy również tutaj się podróży do Afryki wiązały się z dłuższą nieobecnością. Jak z żoną radziliście sobie państwo z przetrwaniem tej rozłąki?Te wyjazdy wcale nie były tak długie. Raczej częste. W latach 90. redakcje dobrze radziły sobie finansowo i stać je było na częste podróże dziennikarzy zagranicę. Moja gazeta uznała, że woli mnie wysyłać co jakiś czas do Azji lub Afryki, niżeli miałbym siedzieć w Delhi czy Nairobi przez kilka lat jako korespondent. Przeciętnie mój wyjazd trwał od dwóch do trzech tygodni. Żona niepokoiła się o moje bezpieczeństwo, a pod moją nieobecność musiała brać na siebie całą odpowiedzialność za codzienne sprawy. Problemem była nieprzewidywalność. Nasze życiowe plany zależały od wydarzeń w krajach, o których pisałem. One też decydowały o terminach i kierunkach moich żona napisała książkę o tęsknocie za dziennikarstwo było naszym wspólnym wyborem. Staraliśmy się nie tracić nad tym kontroli, obliczaliśmy koszty i zyski. Żona najbardziej w życiu ceni pasję, a szybciej ode mnie zauważyła, że dziennikarstwo stało się nią dla mnie. Uważała, iż to najważniejsze, a cała reszta to koszty uboczne. Przeliczyliśmy się. Samemu trudno ocenić, jak bardzo zaawansowana jest choroba, która się w nas powoli lęgnie. Ktoś z boku dawno powiedziałby, że mamy problem. My nie potrafiliśmy tego pan o tym, że miała plany na napisanie książki?Tak, wiedziałem. Żona najpierw trafiła do szpitala i tam zaczęła pisać. Byłem jej pierwszym czytelnikiem. Rozmawialiśmy o tym wielokrotnie. Nowa była dla mnie książkowa forma, słowa, które tyle razy słyszałem ułożone teraz w zdania. Patrzyłem też na jej historię jako reporter i od początku byłem przekonany, że jest to materiał kiedyś żona powiedziała panu: „Nie, Wojtek, nigdzie nie wyjeżdżasz. Zostajesz ze mną”?Dwa razy i pewnie za rzadko. Nie zgodziła się w 1994 na wyjazd do Czeczenii, gdzie akurat wybuchła wojna. Wydawało się to jej absurdem, żebym jechał na Kaukaz, skoro kilka dni wcześniej wróciłem z dwumiesięcznej podróży po Afganistanie i Pakistanie. W Indiach dojechała do mnie Grażyna i razem pojechaliśmy jako dziennikarze do Kaszmiru i na Sri Lankę. Kiedy po powrocie powiedziałem jej, że powinienem jechać do Czeczenii, zapytała, czy w redakcji nie ma innych dziennikarzy? Drugi raz, też w 1994 roku, nie chciała żebym poleciał do Rwandy. Tym razem nie miała racji. Kiedy wybuchła tam wojna i mordy, ja pracowałem w Południowej Afryce. Propozycję wyjazdu otrzymałem, gdy walki tam już dawno ucichły, ale w Polsce przyjęło się uważać, że trwają w najlepsze. Nie pojechałem do tej Rwandy, nie miałem zresztą wielkiej ochoty, bo była to wyprawa z polską pomocą humanitarną, sto dni za żona trafiła do kliniki leczenia stresu bojowego, a nigdy na wojnę nie pojechała. Dlaczego więc tak się stało?Lekarze zdiagnozowali to, jako życie w patologicznej symbiozie. Ja jeździłem, ona zostawała w domu. Bardzo mocno przeżywała moje wyprawy, tak bardzo, że można powiedzieć, że w zasadzie podróżowaliśmy wspólnie. Opowiadałem jej o wszystkim, wolałem, żeby wszystko wiedziała ode mnie, niż polegała na histerycznych relacjach w telewizji. Grażyna bała się tych moich wyjazdów, bała się o mnie, a jednocześnie chciała, żebym jechał. Wiedziała, że na tym polega moja praca. Co więcej, zależało jej żebym wrócił cały, ale też znalazł się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Dopiero po latach zaczęliśmy zauważać symptomy chorób, które nie sposób było zdiagnozować. W końcu postanowiliśmy zgłosić się do lekarza, który w klinice stresu pourazowego zajmował się moim kolegą, fotoreporterem Krzysztofem Millerem. Pułkownikowi wystarczył kwadrans, aby zdiagnozować chorobę u żony. Po rozmowie z Grażyną, stwierdził, iż cierpiała na stres bojowy, to samo, na co chorował żona przeżywała te wyjazdy bardziej niż pan?Z całą zaś pewnością skutki tych wyjazdów dotknęły wyłącznie panu w głowie jakieś makabryczne obrazki z wyjazdów, które ciężko wymazać z pamięci?Nie i myślę, że właśnie to uchroniło mnie przed chorobą i tym samym szpitalem, w którym wylądowała żona, Miller i jeszcze jeden z moich znajomych, też fotoreporter. Jeden z poznanych w szpitalu żołnierzy powiedział, że miałem szczęście w życiu, bo urodziłem się z czymś, co nazwał osobowością zadaniową, która pozwala koncentrować się całkowicie i wyłącznie na zadaniu do wykonania, a jednocześnie nie popycha człowieka w znieczulicę. Tak traktowałem te moje wyjazdy. Mój pobyt w Czeczenii, Afganistanie czy Kongu kończył się w momencie, gdy go opuszczałem. Wracając do Polski, wracałem jednocześnie do mojego tutejszego życia. Oczywiście, pamiętałem, co działo się w Afganistanie, ale nigdy nie śniło mi się. Nie prześladowało mnie w koszmarach. A moją żonę tak. Krzysztofa Millera pan zostawić życie afgańskie w Afganistanie, a polskie w Polsce? Tak właśnie było. W Warszawie byłem po prostu sobą, na lotnisku przemieniałem się w siebie-dziennikarza. Kiedy wracałem, zostawiałem go na lotniskach w Kabulu, Kinszasie, Johannesburgu. Myślę, że dalej gdzieś tam DOMINIK KLEKOWSKI

jesteśmy w polsce tu nie pić nie wypada